Stan bogom sławiony.

W brzuchu mam słońce! Po 17 miesiącach strachu, rozpaczy, beznadziei stał się cud! Ten cud jest w moim brzuchu, uśmiecha się do mnie, choć dopiero tworzy mu się mózg, nerki i wątroba.

Ono tam jest. Moje wyczekane, wymodlone, wypracowane. Nie chcę myśleć, jak długo będzie i czy będzie zdrowe. Jest teraz i teraz należy zrobić wszystko, by było właśnie tak.

Czy już je kocham? Nie wiem… Wiem, że w końcu pokochałam siebie.

Mądrzeję.

W brzuchu mam potwora. Siedzi na moim żołądku. Sercem kołacze jak dzwonem. Zarządza moją głową.

Czekam. Jakby wyczekuję na złą diagnozę, śmierć matki, zwolnienie z pracy. Snuję scenariusze: jak zareaguję, co powiem, jak głośno będę płakać, czy będę.

Czasem budzę się, jakby po tygodniach alkoholowego upojenia. Otwieram szeroko oczy, ze zdumieniem przyglądam się swojej głupocie. Otwieram usta, by potwór mógł wyjść z mojego środka. Obiecuję sobie, że już nigdy go tam nie wpuszczę. To mocne postanowienie trwa zazwyczaj parę godzin.

W brzuchu mam potwora. Odkąd pamiętam. Wolałabym w brzuchu mieć dziecko.

Powroty.

Jeśli mam w środku niebo, to dlaczego nie ma w nim chmur?

Czytam siebie_sprzed_lat i widzę, że wróciłam do punktu wyjścia, do punktu zero, do którego wraca się, gdy jest się niepewnym. Jeszcze niedawno tęskniłam do tamtej N., która nosiła brązowe bezowe spódnice i ręce miała brudne od obrazów. Do romantycznej N., która czytała poezję, oglądała sztukę, pisała prozę i płakała po nocach w tęsknocie za A. Do N., która nie czuła się bezpieczna, bo nie miała Go przy sobie, bo on był daleko, 40 km albo więcej. Uciekali do siebie w weekendy, potem uciekli do siebie na studia, potem bywało różnie.

Dziś jest inaczej. Mamy dom, samochód, jedno łóżko. Kochamy się namiętnie, gotujemy sobie najulubieńsze, uciekamy na wakacje do różnych_miejsc, by mocniej_być.

W zeszłym tygodniu byłam na sztuce Osieckiej, namalowałam swój pierwszy obraz od 10 lat, wrzuciłam tu kilka liter. W sercu mam tęsknotę, żal, niepewność. Nie do końca wiem, czy słusznie.

A. pyta mnie, czy kiedykolwiek będę w 100% szczęśliwa.

Gdybym miała w środku chmury – puch chroniłby mnie przed cegłą.

Nie patrz, jak płaczę

Ja tak mam. Płaczę w głos lub po cichu w łazience, żeby cię nie obudzić. Odchylam głowę do tyłu, jak Janda siedząca na fotelu w „Białej bluzce”, albo chowam twarz w dłonie. Czasem wstaję do lustra i patrzę w zmarszczone od żalu oczy.

Kiedy słyszę ruch pościeli, albo – co gorsza – Twoje strzelające w stawach stopy, pospiesznie ocieram łzy, myję twarz zimną wodą. Tak zmieszana słodko-słona ciecz, otarta ręcznikiem i zasłonięta makijażem pozwala mi wyjść, uśmiechnąć się, dać buziaka na dzień dobry i wyjść do pracy.

Nie wiem, jak mówić mam o tym. Nie wiem, jak o tym myśleć. Powtarzam tylko, że ja tak mam. I już.

bo mi smutno, bo mi źle

Wróciłam do Ciebie po wielu latach. Wiele zmieniło się w tym czasie.

Moje ciało jest mniejsze i mocniejsze, mogę nim więcej i dłużej. Już nie noszę rudych włosów i maluję paznokcie. Piję zieloną herbatę, niesłodzoną, z hibiskusem albo miętą.

Głowę noszę nisko, choć mówią, że powinnam wysoko.

Myśli mam niespokojne. Moje serce bije w brzuchu. Jak zwykle, bez powodu. Tak mówią.

Wróciłam do Ciebie po wielu latach, bo nie zmieniło się wiele.

Nadal nie potrafię wytłumaczyć się z siebie.

ekstra

Spięcie w żołądku. Człowiek powinien tworzyć kapitał
społeczny, a nie kapitał życiowy nadający się do zamieszczenia w tabeli CV, w
tabeli „jestem świetny”, w tabeli statycznej naszych dobrze-wykorzystanych-dni.

Podobno ekstrawertycy są bardziej nieszczęśliwi niż
introwertycy, dlatego muszą ciągle udowadniać przed sobą, że są zadowoleni,
radośni, pogodzeni z losem.

Spięcie w głowie. Na ile to, co wiem, wpłynie na to, jak będę szczęśliwa? Wertuję setki stron, kreślę miliony słów, osiągam
intelektualne wyżyny, bez pewności, że nie tracę tym samym czegoś o wiele
cenniejszego.

Spięcie w klatce piersiowej. Bo najważniejsza w życiu
jest miłość (tak, dość banalne stwierdzenie). Jeżeli pewnego dnia zadzwoni do
nas nieznajomy mężczyzna, chwilę porozmawia, bez żadnych podtekstów i nie
mówiąc nic wyjątkowego, ale poświęci nam odrobinę uwagi, jaką rzadko kto nam
poświęca, to jeszcze tej samej nocy będziemy gotowe pójść z nim do łóżka z
miłości. Taka już nasza natura i nie ma w tym nic złego. Serce kobiety z
łatwością otwiera się na miłość.

dziewięć lat później

Zmieniło się we mnie. Już nie lubię ciepłych barw na spódnicach, nie ubieram siebie ni mieszkania w drewno. Już odróżniam dzień od nocy i cenię sobie swój wolny czas, oddając się pracy (zawodowej czy społecznej) tylko w godzinach pracy. Już nie uciekam z domu by mocniej być. Mieszkanie pomalowaliśmy na chłodne kolory, jednoznacze, tylko turkus przebija się wyraźnie. Poezji nie czytam, nie wtulam się w koce. Nie latam w snach. Latam naprawdę.


Choć gdy czytam siebiesprzedlat i gdy zamykam oczy do szant, żołądek robi coś przyjemnego.

paralotnie, euro i kilka niezmiennych spraw

Poznałam, co to jest zamoczyć stopy w niebie. Szybko biec, puścić linki, trzymać sterówki, polecieć. Wracam do niebia w lipcu.

Kamyk staje się mocny jak skała, a ja zaczynam widzieć w ludziach tych, których chciałam widzieć od początku. Mija trzeci rok mojej pracy zawodowej, a ja czuję, że to dopiero początek.
Ukończyłam pierwszy rok doktoratu. Powrót na uczelnię przysporzył mi kilku uniesień, związanych zwłaszcza z zachwytem nad odkryciem świata na nowo i pogłebianiem refleksji o.
Oblałam test ciążowy. A kogut Gerwazy typuje, że dziś wygrają Niemcy.

Weselnie

Młoda Pani z rudym lokiem na boku i woalką przy oczach. Młody Pan w jasnej kamizelce. Rodzina, przyjaciele, znajomi. Specjalnie przystrojony czarny Ford Mondeo. Białe balony na klatce schodowej. Dwóch księży, czterech ministrantów, czerwony dywan, świece. Mama poszła wcześniej do fryzjera „wszyscy będą patrzeć na matkę weselną”. To wszystko nie miało znaczenia. Dla Nas.

KTC :*

jeśli nie rozumiesz moich słów, nigdy nie zrozumiesz mojego milczenia.

To jest jak wchodzenie do ogrodu. Przyciąga spokój, ciepło, piękno. Stawiam bose stopy na trawie, piersi wystawiam do słońca i zamykam oczy. Wszystkie napięte mięśnie rozluźniają się, ciało mięknie, serce mięknie. Stan bogom sławiony. Kładę się na brunatnej ziemi, przesypuję ją między palcami, bawię się małym żuczkiem. Jego mocny pancerzyk mnie intryguje. Im dłużej leżę tym bardziej grzeje mnie słońce. Spokój nudzi. Po czole spływają pierwsze krople potu. Łaskotanie trawy zaczyna drażnić. Denerwują owady. Kto postawił tu tę donicę z kwiatami? Dlaczego nikt nie skopał tych grządek? Bach, wstaję, wchodzę na taras, chowam się pod parasolem.